Treblinka – pamięć, której nie wolno upraszczać
Albert Stankowski
We wrześniu 1947 roku nauczyciel Feliks Szturo przyszedł na teren Treblinki I (tzw. Miejsce Straceń) z uczniami V klasy szkoły podstawowej w Prostyni. Na powierzchni ziemi znajdowały się ludzkie kości. Dzieci zbierały je i składały w jednym miejscu. Powstała mogiła, na której ustawiono drewniany krzyż. Jedna z uczestniczek tamtych wydarzeń, Barbara Kadaj, po latach opisała szczątki, które jako dwunastoletnia dziewczynka zbierała razem z koleżankami i kolegami. Dzisiaj łatwo patrzeć na ten krzyż przede wszystkim jak na znak religijny, zwłaszcza gdy dyskutujemy o sposobie upamiętnienia różnych grup ofiar. W 1947 roku był on jednak przede wszystkim czytelnym znakiem grobu – miejsca pochówku. Mówił ludziom, że pod ziemią znajdują się ludzkie szczątki i że tej ziemi nie powinno się naruszać. Miało to znaczenie, ponieważ w pierwszych latach po wojnie tereny poobozowe nie były należycie chronione, a groby rozkopywano w poszukiwaniu złota i kosztowności. Krzyż nie był fizyczną barierą, ale nadawał temu miejscu jednoznaczny charakter mogiły i odwoływał się do silnego społecznego oraz religijnego zakazu naruszania grobu. Nie wiemy, czy Feliks Szturo ustawił go właśnie z taką intencją. Wiemy natomiast, co zrobiły dzieci: zebrały rozrzucone kości, złożyły je w jednym miejscu i oznaczyły mogiłę krzyżem. Wracam do tej historii, ponieważ dobrze pokazuje problem, który pojawia się także w dzisiejszej dyskusji o Treblince. Patrzymy na dawne formy upamiętnienia przez pryzmat naszej obecnej wiedzy i wrażliwości. Nie ma w tym nic niewłaściwego. Trzeba tylko pamiętać, w jakich warunkach te znaki powstawały.
Z uwagą przeczytałem tekst prof. Havi Dreifuss, który ukazał się 30 września 2026 roku w „Haaretz”. Z jej przekonaniem, że narracja o Treblince musi opierać się na źródłach, trudno się nie zgodzić. Jeżeli nowe badania pokazują, że wcześniejszy obraz był niepełny, trzeba go skorygować. Jeżeli jakaś grupa ofiar była przez lata zbyt słabo widoczna, trzeba to zmienić. Nie przekonuje mnie natomiast sposób przedstawiania tej dyskusji tak, jakby po jednej stronie znajdowały się nauka i źródła, a po drugiej polska narracja historyczna. W Treblince sprawy rzadko są aż tak proste. Już sama nazwa wymaga wyjaśnienia. Wielu czytelników nie zdaje sobie sprawy, że istniały tu dwa różne niemieckie obozy, oddalone od siebie o blisko trzy kilometry, a każdy z nich ma dziś własne miejsce upamiętnienia. Treblinka I nie była obozem zagłady. Jej historia wiąże się z przedwojenną żwirownią położoną między Maliszewą, Poniatowem i Wólką Okrąglik. Niemcy wykorzystywali wydobywany tam materiał między innymi przy budowie dróg, a potrzeba pozyskania taniej siły roboczej była jednym z powodów utworzenia obozu. Obóz powstał późnym latem 1941 roku, a jego funkcjonowanie formalnie usankcjonował gubernator dystryktu warszawskiego Ludwig Fischer zarządzeniem z 15 listopada 1941 roku, obowiązującym z mocą wsteczną od 1 września. Treblinka I nie została utworzona jako obóz przeznaczony wyłącznie dla Polaków, jednak w pierwszym okresie to oni stanowili większość więźniów. Niemieckie władze okupacyjne wykorzystywały go przede wszystkim jako narzędzie represji wobec miejscowej ludności dystryktu warszawskiego, początkowo zwłaszcza mieszkańców powiatów sokołowskiego i węgrowskiego. Trafiali tam rolnicy niewywiązujący się z kontyngentów, osoby uchylające się od pracy, zatrzymane za naruszenie godziny policyjnej, podejrzane o pomoc jeńcom sowieckim czy stawiające opór okupacyjnej administracji. Żydzi byli obecni w Treblince I od początku, początkowo przede wszystkim jako rzemieślnicy z pobliskich miejscowości, a ich liczba znacznie wzrosła od lata 1942 roku.
Kilka kilometrów dalej Niemcy utworzyli Treblinkę II — obóz zagłady, jeden z głównych ośrodków akcji „Reinhardt”. Jego celem była masowa zagłada Żydów. Zamordowano tam co najmniej 800 tysięcy Żydów, przede wszystkim obywateli przedwojennej Polski, ale także ludzi deportowanych z innych państw europejskich. Wśród ofiar byli również Romowie i Sinti. Trzeba o nich pamiętać, nie tracąc przy tym z pola widzenia zasadniczego charakteru Treblinki II jako miejsca Zagłady Żydów. Trzeba również jasno powiedzieć, kto stworzył i prowadził ten system. Tworzyły go niemieckie nazistowskie władze, przede wszystkim SS i policja. W jego strukturach służyli również Austriacy, uczestniczący w organizowaniu i funkcjonowaniu obozu. Deportacje, transporty i masowe mordowanie nie były dziełem bezosobowej „machiny”. Za tym systemem stali konkretni ludzie, działający w imieniu III Rzeszy i realizujący jej politykę. To oni stworzyli warunki, w których znalazły się ofiary, świadkowie i ludzie mieszkający wokół obu obozów.
Treblinka I ma inną historię. Ostatnie badania dr. Michała Kowalskiego wskazują na większą, niż wcześniej przedstawiano, skalę obecności Żydów w obozie pracy. Moim zdaniem powinno to być wyraźniej widoczne również na Miejscu Straceń, bo żydowskie ofiary były tam przez lata upamiętnione zbyt słabo. Jest jednak granica, której jako historycy nie powinniśmy przekraczać. Znamy szacunkową liczbę około 10 tysięcy osób pochowanych lub zamordowanych na Miejscu Straceń, ale nie mamy źródeł pozwalających wiarygodnie powiedzieć, jaka część tych ofiar była Polakami, jaka Żydami, a jaka Romami i Sinti. Podobnie trzeba patrzeć na znajdujące się tam krzyże. Zasadnicze upamiętnienie, zaprojektowane przez prof. Franciszka Strynkiewicza, odsłonięto 10 maja 1964 roku. Zbiorowe mogiły oznaczono 112 betonowymi krzyżami, a kolejnych 12 ustawiono przy grobach pojedynczych. Później pojawiały się następne znaki pamięci i według opracowania Muzeum w 2015 roku na Miejscu Straceń znajdowało się 140 krzyży. Na wielu z nich rodziny umieszczały tabliczki z nazwiskami zamordowanych. Dziś znamy imiona i nazwiska 296 Polaków oraz czterech osób pochodzenia żydowskiego pochowanych w tym miejscu. Te liczby nie mówią jednak nic pewnego o proporcjach wszystkich ofiar i nie wolno ich w ten sposób wykorzystywać. Mówią za to coś o konkretnych ludziach. 2 marca 1942 roku Niemcy rozstrzelali w pobliżu Treblinki I około stu więźniów przywiezionych z Pawiaka i alei Szucha. Byli wśród nich działacze polityczni, wojskowi, nauczyciele i przedstawiciele inteligencji: były poseł Stanisław Ratajczyk, generał Edward Szpakowski, podpułkownik Wacław Boguszewski, działacz oświatowy Jędrzej Cierniak czy poeta i krytyk literacki Stefan Essmanowski. Jest też krzyż Hani Zaleskiej, czternastoletniej dziewczynki zamordowanej podczas likwidacji obozu. Nie widzę sprzeczności między zachowaniem pamięci o tych ludziach a potrzebą znacznie wyraźniejszego upamiętnienia ofiar żydowskich. Trzeba raczej wspólnie znaleźć sposób, by jedno nie odbywało się kosztem drugiego.
Czarna Droga pokazuje podobny problem z innej strony. Powstała od lata 1942 roku i łączyła oba obozy. Budowali ją więźniowie komanda Wegebau — polscy brukarze i żydowscy pomocnicy. Niemieckie władze obozowe wykorzystały do jej budowy nie tylko kamienie, lecz również fragmenty macew pochodzących z żydowskich cmentarzy. Nie był to więc zwykły materiał budowlany, lecz także materialny ślad profanacji dokonanej w warunkach niemieckiej okupacji. Kiedy badania ujawniły skalę wykorzystania nagrobków, Muzeum zabezpieczyło to miejsce. Na odcinku około półtora kilometra zidentyfikowano około stu fragmentów macew. Wstrzymano ruch samochodowy, fragmenty zabezpieczono, dla odwiedzających wyznaczono tymczasową trasę pieszą, a równocześnie rozpoczęto prace nad alternatywnym połączeniem. Czarna Droga jest więc dzisiaj nie tylko drogą, lecz także materialnym świadectwem profanacji żydowskich cmentarzy. Problem polega na tym, że pozostaje jedynym utwardzonym połączeniem między Treblinką II a Treblinką I. Młody człowiek przejdzie kilka kilometrów bez większego problemu. Dla osiemdziesięcioletniego syna czy córki człowieka zamordowanego w Treblince I ta sama odległość może oznaczać, że nie dotrze do miejsca śmierci ojca lub matki. Ochrona macew jest konieczna, ale nie można też zapominać o osobach starszych i z niepełnosprawnościami. Nie ma tu łatwej odpowiedzi. Trzeba znaleźć rozwiązanie, które uwzględni oba problemy.
Odpowiedzialność za stworzenie obu obozów oraz za system represji, deportacje i popełniane tam zbrodnie spoczywa na niemieckich nazistowskich władzach i funkcjonariuszach aparatu III Rzeszy, wśród których byli również Austriacy. To punkt wyjścia, który nie powinien znikać z pola widzenia. Nie zwalnia nas to jednak z obowiązku uczciwego mówienia o zachowaniu ludzi, którzy żyli wokół Treblinki. Byli tacy, którzy wykorzystywali tragedię deportowanych, żądali ogromnych pieniędzy za wodę, donosili i wydawali uciekinierów. Byli również ludzie, którzy pomagali Żydom, wiedząc, jakie konsekwencje mogło to mieć dla nich i ich rodzin. Nie chodzi mi o zestawianie jednych postaw z drugimi ani o budowanie z tego bilansu. Ważniejsze jest dla mnie to, jak zachowywał się konkretny człowiek w konkretnej chwili. Dlatego warto przyjrzeć się historii Jana Maletki, 21-letniego polskiego robotnika kolejowego z Mińska Mazowieckiego. Niemieckie władze skierowały go do pracy na kolei w rejonie Małkini i Treblinki. Wraz z bratem Stanisławem i kolegą Remigiuszem Pawłowiczem pracował między innymi przy torach i składach przewożących kruszywo ze żwirowni. 20 sierpnia 1942 roku został zastrzelony przez Niemców na stacji Treblinka. Nie znamy z całkowitą pewnością okoliczności jego śmierci. Akt zgonu nie podaje przyczyny zastrzelenia, a część relacji została zapisana dopiero po latach. Są jednak świadectwa mówiące o pracowniku kolei zabitym przez Niemców za próbę podania wody Żydom zamkniętym w wagonach. Adam Helfand, Żyd deportowany z Kielc, opisał człowieka, który podszedł z wodą do transportu i został zastrzelony przez Niemca. Nie znał jego nazwiska. To ważne świadectwo, ale samo w sobie nie daje podstaw, by bez zastrzeżeń powiedzieć, że tym człowiekiem był Maletka. I właśnie tak trzeba o tym mówić: nie dopowiadać tego, czego źródła nie rozstrzygają, ale też nie odrzucać świadectwa tylko dlatego, że nie daje pełnej odpowiedzi.
Tu dochodzimy do czegoś, co w tej dyskusji jest dla mnie szczególnie ważne. Jako historyk chcę przede wszystkim wiedzieć, co naprawdę możemy potwierdzić źródłami, a czego nie. Ale pracując w muzeum, widzę też drugą stronę tej sprawy. Młodzi ludzie powinni przede wszystkim zrozumieć, kto stworzył system zagłady, kto organizował deportacje i kto mordował. Powinni wiedzieć, jak działał niemiecki nazistowski aparat władzy i terroru. Dopiero na tym tle można uczciwie mówić o zachowaniu ludzi, którzy znaleźli się wokół tego systemu — tych, którzy wykorzystywali cudze cierpienie, pozostawali obojętni albo próbowali pomóc. Młody człowiek przyjeżdżający do Treblinki nie szuka przecież wyłącznie dat, liczb czy nazwisk. Próbuje również zrozumieć ludzi i ich decyzje. Dlatego warto pokazywać historie pomocy. Nie po to, żeby równoważyć zło dobrymi przykładami ani łagodzić obraz Zagłady, lecz żeby pokazać, że nawet w sytuacji skrajnej człowiek stawał przed wyborem. Dla mnie właśnie tutaj wiedza historyczna spotyka się z edukacją. Muzeum nie jest wyłącznie miejscem przekazywania faktów. Powinno również skłaniać młodego człowieka do refleksji nad własną odpowiedzialnością wobec krzywdy drugiego człowieka. Nie chcę mu podpowiadać gotowej odpowiedzi. Chciałbym jednak, żeby po wizycie w Treblince takie pytanie w ogóle sobie zadał.
Jest jeszcze spór o Jedwabne i Radziłów. Większość Żydów z tych miejscowości nie została zamordowana w Treblince. W 1941 roku doszło tam do zbrodni, w których uczestniczyli również polscy sąsiedzi. Nie ma powodu, by ten fakt łagodzić. Trzeba jednak pamiętać, że zbrodnie te rozgrywały się w warunkach niemieckiej okupacji i w rzeczywistości stworzonej przez nazistowskie państwo; nie zmienia to odpowiedzialności konkretnych uczestników, ale pozwala zachować właściwy kontekst historyczny. Historia kamieni z nazwami tych miejscowości również jest faktem i warto ją znać. W 1993 roku o uzupełnienie nazw wystąpił Benjamin Majerczak, sekretarz generalny Związku Żydów Polskich w Izraelu. W następnym roku zgodzili się na to autorzy upamiętnienia Adam Haupt i Franciszek Duszeńko. Z późniejszej korespondencji Majerczaka wynika, że dodatkową listę opracowywano na podstawie prac Yitzhaka Arada i Martina Gilberta oraz weryfikowano ją w Żydowskim Instytucie Historycznym. Arad był ocalałym z Zagłady, żydowskim partyzantem, izraelskim historykiem i wieloletnim przewodniczącym Yad Vashem, a także jednym z najważniejszych badaczy akcji „Reinhardt”. Sir Martin Gilbert należał do najbardziej znanych brytyjskich historyków XX wieku, był oficjalnym biografem Winstona Churchilla i autorem licznych prac o Zagładzie, historii Żydów i II wojnie światowej. Nie przywołuję tych nazwisk po to, żeby twierdzić, że ustalenia sprzed trzydziestu lat są nietykalne. Oczywiście nie są. Istotne jest jednak to, dlaczego te kamienie w ogóle się pojawiły. W zamyśle Majerczaka miały upamiętniać zgładzone społeczności żydowskie i właśnie dlatego w latach dziewięćdziesiątych zabiegał o dodanie kolejnych miejscowości. Nie chodziło więc wyłącznie o wykaz miejsc, z których transporty jechały bezpośrednio do Treblinki. Kamienie miały również znaczenie symboliczne. Część Żydów, którzy uciekli z Jedwabnego i Radziłowa do innych gett, trafiła później do Treblinki i tam zginęła. Nie zmienia to faktu, że większość żydowskich mieszkańców tych miejscowości nie została zamordowana w Treblince. Pokazuje natomiast, że losy tych społeczności są bardziej skomplikowane niż pytanie, czy z danej miejscowości odjechał bezpośredni transport do obozu. Dlatego nie jestem przekonany, że najlepszym rozwiązaniem jest dziś usuwanie z kamieni kolejnych nazw miejscowości.
W jednej zasadniczej sprawie zgadzam się z prof. Dreifuss: Treblinka nie powinna należeć do żadnej narodowej narracji. Treblinka II musi być opowiadana przede wszystkim jako miejsce Zagłady Żydów, z pamięcią również o zamordowanych tam Romach i Sinti. Treblinka I wymaga pokazania wszystkich grup więźniów i ofiar. W obu przypadkach trzeba jednak równie jasno mówić o sprawcach. Te obozy nie powstały same. Zostały stworzone przez niemieckie państwo nazistowskie i jego aparat terroru, w którym służyli także Austriacy oraz funkcjonariusze innych podporządkowanych mu formacji. To oni stworzyli system przemocy, pracy przymusowej, deportacji i masowego mordowania. Dopiero na tym tle można właściwie opowiadać o ofiarach, świadkach, pomocy, obojętności czy donosicielstwie.
Pracując w Miejscu Pamięci Treblinka, nauczyłem się, że historia nie zawsze daje jednoznaczne odpowiedzi. Czasem trzeba po prostu powiedzieć: tego nie wiemy. Podobnie jest z pamięcią. Zanim coś usuniemy albo zmienimy, warto najpierw zrozumieć, dlaczego znalazło się właśnie w tym miejscu i co znaczyło dla ludzi, którzy je pozostawili. W Treblince szczególnie ważne jest, by nie zastępować złożonej historii prostymi odpowiedziami.



