O pamięci Treblinki i odpowiedzialności za źródła
Albert Stankowski
21 września 2026 r. izraelski dziennik „Haaretz” opublikował artykuł Ofera Adereta poświęcony Muzeum Treblinka i sporom dotyczącym współczesnego upamiętnienia tego miejsca. Autor poruszył kilka bardzo różnych spraw: życzenia na Rosz ha-Szana, Jana Maletkę, Czarną Drogę, krzyże na terenie Treblinki I, pochówek szczątków co najmniej 49 osób, kamienie z nazwami Jedwabnego i Radziłowa, Mur Imion oraz przygotowywaną wystawę stałą. Dyskusja o Treblince jest potrzebna. Nie jest to miejsce, które powinno być wolne od pytań, sporów czy krytyki. Przeciwnie — sposób jego upamiętniania powinien być stale konfrontowany z wiedzą historyczną, nowymi badaniami i głosem różnych środowisk pamięci. Muzeum również musi być gotowe do poprawiania własnych decyzji, jeśli pojawiają się nowe źródła albo argumenty, których wcześniej nie uwzględniono. Jest jednak różnica między krytyką konkretnego rozwiązania a zarzutem zniekształcania historii czy wypierania żydowskiego charakteru Treblinki. W tym drugim przypadku warto zejść z poziomu intencji i wrócić do dokumentów. W odpowiedzi przekazanej redakcji „Haaretz” napisaliśmy, że podstawą rozmowy powinny pozostać dokumenty archiwalne, wyniki badań, relacje świadków, dokumentacja konserwatorska oraz jasno określony stopień pewności poszczególnych ustaleń. Nie po to, by zamknąć dyskusję, lecz po to, by wiedzieć, o czym właściwie dyskutujemy.
Tytuł i podtytuł artykułu „Haaretz” sugerują bardzo wyraźny kierunek interpretacji. Zestawienie „krzyży zamiast Gwiazd Dawida”, „mszy zamiast psalmów”, przejazdów po fragmentach macew i kwestionowanych upamiętnień może stworzyć obraz stopniowego odsuwania na dalszy plan żydowskiej historii Treblinki. Tyle że część opisanych zjawisk ma zupełnie inną genezę. Trzeba oddzielić historię niemieckich obozów Treblinka I i Treblinka II od historii powojennego memoriału, a tę z kolei od decyzji podejmowanych obecnie. Niektóre elementy powstały kilkadziesiąt lat temu, w zupełnie innych warunkach politycznych i społecznych. Jeśli dziś wymagają korekty albo uzupełnienia, trzeba to zrobić. Nie powinno się jednak przypisywać ich genezy ludziom, którzy przejęli odpowiedzialność za Muzeum wiele lat później. Jedno pozostaje poza sporem. Treblinka II była jednym z głównych miejsc Zagłady europejskich Żydów. Pamięć o Zagładzie Żydów jest podstawą historii tego miejsca i nie może być pomijana ani relatywizowana.
Wiele emocji wywołały życzenia Muzeum z okazji Rosz ha-Szana i użyte w nich słowa „wybierz życie”. W Treblince takie zestawienie może budzić szczególne emocje i to trzeba przyjąć do wiadomości. To miejsce nakłada na język dodatkową odpowiedzialność. Jednocześnie warto pamiętać, skąd te słowa pochodzą. Hebrajskie u-wacharta ba-chajim — „wybierz życie” — jest cytatem z Tory. Pojęcie chajim, życia, powraca także w modlitwach Rosz ha-Szana i całego okresu Wielkich Świąt. Nie było to wezwanie skierowane do ofiar. Najkrócej wyjaśniliśmy później sens tego cytatu słowami: „Nie ofiarom. Nam”. Rosz ha-Szana nie jest też czymś zewnętrznym wobec historii Treblinki. Eliasz Rozenberg wspominał modlitwę więźniów w baraku, minjan, świąteczny maariw, kadisz i El male rachamim za zamordowanych. Można oceniać formę życzeń różnie. Warto jednak robić to z uwzględnieniem religijnego znaczenia użytych słów, a nie tylko ich dosłownego brzmienia.
Sprawa Jana Maletki wymaga podobnej ostrożności. Warto przy tym przypomnieć, że inicjatywa jego upamiętnienia nie wyszła od obecnej dyrekcji Muzeum Treblinka, lecz ze strony Instytutu Pileckiego. Ma to znaczenie dla zrozumienia genezy całego przedsięwzięcia i odpowiedzialności za pierwotną koncepcję tego upamiętnienia. Nie zmienia to oczywiście obowiązku Muzeum, by dziś rzetelnie oceniać podstawy źródłowe tej historii i sposób jej przedstawiania. Nie kwestionujemy relacji mówiących o ludziach, którzy wykorzystywali tragiczne położenie deportowanych i sprzedawali im wodę za pieniądze, złoto czy kosztowności. Ten element historii otoczenia Treblinki jest dobrze udokumentowany i powinien być przedstawiany bez łagodzenia. Inną sprawą jest identyfikacja konkretnego robotnika, który według Franciszka Ząbeckiego został zastrzelony przez niemieckiego wartownika za podanie wody Żydom. Zachowały się m.in. akt zgonu Jana Maletki, relacja Remigiusza Pawłowicza, wspomnienia Ząbeckiego oraz jego zeznania z procesu w Düsseldorfie. Sam Ząbecki nie podał nazwiska zabitego. Dopiero zestawienie jego świadectwa z innymi materiałami doprowadziło do wniosku, że był nim najprawdopodobniej Jan Maletka. I właśnie słowo „najprawdopodobniej” jest tu najważniejsze. Nie mamy do czynienia z identyfikacją całkowicie pozbawioną podstaw. Nie mamy też stuprocentowej pewności. Można więc dyskutować, czy inskrypcja powinna ten stopień niepewności wyrażać wyraźniej. To uczciwa dyskusja. Nieuczciwe byłoby natomiast twierdzenie, że cała historia została zbudowana bez materiału źródłowego.
Podobny problem pojawia się przy szczątkach co najmniej 49 osób odnalezionych na terenie Treblinki I. Badania antropologiczne i genetyczne pozwoliły ustalić wiele szczegółów, ale nie dały podstaw do jednoznacznego określenia pochodzenia narodowego czy etnicznego wszystkich odnalezionych osób. Dokumentacja mówi o tym wprost. Decyzja o nieoznaczaniu wyznania była również konsultowana z ekspertami i stroną rabiniczną. Możliwe, że wśród tych osób byli Żydzi. Nie wiemy jednak, ilu. I właśnie w takim miejscu słowa „nie wiemy” powinny coś znaczyć. To samo dotyczy szerszej dyskusji o strukturze ofiar Treblinki I. Żydzi stanowili bardzo liczną grupę więźniów. Nie ma co do tego wątpliwości. Nie zachowała się jednak pełna dokumentacja obozowa, która pozwalałaby ustalić dokładny procent poszczególnych grup wśród zamordowanych. Szacujemy, że w Treblince I zginęło około 10–12 tysięcy osób. Nie mamy natomiast źródeł pozwalających wiarygodnie odpowiedzieć, ile dokładnie spośród nich stanowili Żydzi, Polacy, Romowie i Sinti czy przedstawiciele innych grup. To nie jest argument przeciwko widoczności żydowskich ofiar. Jest to argument przeciwko tworzeniu precyzyjnych proporcji tam, gdzie dokumenty ich nie potwierdzają.
Właśnie dlatego problem krzyży na Miejscu Straceń Treblinki I należy rozpatrywać ostrożnie. Uważam, że żydowskie ofiary są tam dziś widoczne w niewystarczającym stopniu. To trzeba zmienić. Jednocześnie trzeba wyjaśnić, skąd wzięła się obecna forma tego miejsca. Krzyże nie zostały ustawione przez obecną dyrekcję. Zachowana dokumentacja projektowa sięga 1964 r. Są więc również częścią historii powojennego upamiętnienia Treblinki. Nie oznacza to, że wszystko powinno pozostać bez zmian. Wręcz przeciwnie. Odwiedzający powinien wiedzieć, dlaczego znajdują się tam konkretne symbole, kiedy powstały i do kogo się odnoszą. Bez takiego komentarza łatwo dojść do wniosku, że obecny wygląd miejsca jest świadomym wyborem dzisiejszego Muzeum. Nie jest. Trzeba też uważać, aby naprawiając jeden brak, nie tworzyć następnego. Większa obecność pamięci o żydowskich ofiarach nie powinna polegać na usuwaniu symboli ważnych dla Polaków, Romów i Sinti. Z drugiej strony obecność symboliki chrześcijańskiej nie może prowadzić do sytuacji, w której żydowski wymiar historii Treblinki I staje się niewidoczny. Nie chodzi o matematyczne rozdzielenie przestrzeni pomiędzy poszczególne grupy. Chodzi o uczciwe proporcje w opowieści. Odwiedzający powinien wiedzieć, kto był więziony w Treblince I, kto tam ginął, co jesteśmy w stanie powiedzieć na podstawie źródeł, a czego nadal nie wiemy. Powinien też rozumieć, dlaczego samo upamiętnienie wygląda dziś tak, jak wygląda. To wydaje się uczciwsze niż zastępowanie jednego zestawu symboli drugim.
Podobnie jest z Czarną Drogą. Nie ma potrzeby pomniejszać problemu. Niemcy użyli do jej budowy także fragmentów żydowskich nagrobków. To fakt. W ostatnich latach większe fragmenty macew były wydobywane i zabezpieczane. Elementy pozostające w drodze, w miejscach najbardziej narażonych, osłonięto metalowymi panelami. W części miejsc zmieniono również sposób przejazdu tak, aby omijać zachowane fragmenty nagrobków. Warto też powiedzieć jasno, że Czarna Droga już wcześniej nie była normalną, ogólnodostępną drogą samochodową. Przejazdy odbywały się wyjątkowo, przede wszystkim ze względu na osoby z niepełnosprawnościami, osoby starsze i osoby mające trudności z poruszaniem się. Każdy taki przejazd wymagał zgody dyrektora Muzeum. Obecnie, na prośbę Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego, droga została całkowicie zamknięta dla ruchu pojazdów mechanicznych. Tyle że w ten sposób pojawił się inny problem. Nie ma obecnie alternatywnej drogi dojazdowej pomiędzy Treblinką II i Treblinką I. Nowa droga oznaczałaby osobną inwestycję. Według obecnych szacunków kosztowałaby blisko 10 mln zł i wymagałaby wycinki około 2000 drzew. To z kolei oznaczałoby poważną ingerencję w historyczny krajobraz. Nie jest to więc wybór pomiędzy dobrym a złym rozwiązaniem. Każde ma konsekwencje. Trzeba chronić macewy. Trzeba chronić krajobraz. Trzeba też pamiętać o osobach, które nie są w stanie pokonać całej trasy pieszo. I właśnie znalezienie rozwiązania, które pogodzi te potrzeby, jest dziś rzeczywistym problemem.
Sprawa kamieni z nazwami Jedwabnego i Radziłowa jest jeszcze bardziej złożona. Nie ma sporu co do tego, że większość Żydów tych miejscowości nie została zamordowana w Treblince. Nie ma też powodu, by łagodzić sposób przedstawiania zbrodni z 1941 r. i udziału części miejscowej ludności polskiej. Pytanie jest inne: czy korekta błędnego odczytania memoriału musi polegać na fizycznym usunięciu kamieni? Historia ich pojawienia się jest ważna. W czerwcu 1993 r. Komisja Ochrony Pamięci i Upamiętnienia Męczeństwa Narodu Żydowskiego przy Związku Żydów Polskich w Izraelu wystąpiła o uzupełnienie nazw miejscowości na kamieniach memoriału. Benjamin Majerczak pisał, że takie symboliczne upamiętnienie może pozostać „jedynym świadectwem istnienia w miasteczku gminy żydowskiej”. Rok później zgodę na dodanie nazw wyrazili współtwórcy memoriału, Adam Haupt i Franciszek Duszeńko. To zmienia sposób patrzenia na te kamienie. Nie są one pomysłem obecnej dyrekcji ani produktem najnowszej polskiej polityki pamięci. Powstały z inicjatywy środowiska żydowskiego i za zgodą twórców memoriału. Same stały się częścią historii tego upamiętnienia. Nie oznacza to, że można je zostawić bez wyjaśnienia. Jeśli odwiedzający może odnieść błędne wrażenie, że Żydzi Jedwabnego i Radziłowa zostali zamordowani w Treblince, trzeba tę informację sprostować jasno i bez eufemizmów. Prof. Daniel Blatman zaproponował formułę: „Nie usunięcie, lecz wyjaśnienie; nie zacieranie odpowiedzialności miejscowej ludności, lecz jej jednoznaczne przedstawienie”. To rozwiązanie wydaje się warte poważnego rozważenia. Memoriał może być jednocześnie zabytkiem własnej historii i miejscem, w którym współczesny odbiorca otrzymuje precyzyjną wiedzę historyczną.
Mur Imion dotyczy zupełnie innego problemu. Nie znamy nazwisk większości Żydów zamordowanych w Treblince II. Nie wolno tworzyć wrażenia, że powstaje kompletna lista ofiar. Ale brak wszystkich nazwisk nie jest argumentem za tym, żeby nie przywracać tych, które znamy. Na tym polega sens projektu. Mur powstaje we współpracy z Żydowskim Instytutem Historycznym i Fundacją „Pamięć Treblinki”. Wykorzystywana jest również dokumentacja Yad Vashem. Powinien pokazywać dwie rzeczy naraz: imiona, które udało się odzyskać, oraz ogrom tej części pamięci, której prawdopodobnie nigdy nie uda się już odtworzyć.
Na końcu artykułu „Haaretz” prof. Havi Dreifuss formułuje zarzut, że Muzeum próbuje ograniczyć temat udziału Polaków w grabieży żydowskiego mienia i równoważyć go historiami Sprawiedliwych. To poważny zarzut. Dlatego najlepiej sprawdzić go na konkretnych przykładach ze scenariusza wystawy. Nasze stanowisko jest proste. Wystawa powinna pokazywać całe spektrum zachowań wobec Żydów: pomoc, obojętność, grabież, denuncjacje, przemoc i wykorzystywanie tragicznego położenia deportowanych. Nie widzę sensu w „równoważeniu” jednego zjawiska drugim. Historia nie jest bilansem księgowym. Jeżeli źródła mówią o rabunku, trzeba mówić o rabunku. Jeżeli mówią o denuncjacji, trzeba pokazać denuncjację. Jeżeli dokumentują pomoc, ona również należy do historii. Problem zaczyna się wtedy, gdy z pojedynczego przykładu próbuje się wyprowadzić obraz całej grupy albo gdy różne zjawiska przedstawia się bez informacji o ich skali. Wystawa powstaje we współpracy z Żydowskim Instytutem Historycznym. To nie oznacza, że nie może być krytykowana. Powinna być. Tyle że najbardziej użyteczna krytyka to taka, która wskazuje konkretny zapis, konkretne rozwiązanie i konkretny problem. Wtedy można nad nim pracować.
Wszystkie te sprawy mają wspólny mianownik. Historyk musi odpowiadać nie tylko za to, co mówi, ale również za stopień pewności, z jakim to mówi. Muzeum nie może zasłaniać się brakiem źródeł, kiedy źródła istnieją i mówią rzeczy niewygodne. Nie powinno jednak także uzupełniać luk własnym przekonaniem tylko dlatego, że dana wersja wydarzeń wydaje się prawdopodobna. W odpowiedzi dla „Haaretz” napisaliśmy: „Stwierdzenie ‘nie wiemy’, jeżeli dokumentacja nie pozwala powiedzieć więcej, nie jest negacjonizmem. Jest podstawowym obowiązkiem historyka i muzeum”. To zdanie dobrze oddaje nasze stanowisko. „Nie wiemy” nie oznacza „nie chcemy wiedzieć”. Oznacza jedynie, że nie chcemy przedstawiać hipotezy jako faktu. Jeśli pojawią się nowe dokumenty, nowe badania albo źródła zmieniające dotychczasowe ustalenia, Muzeum powinno być gotowe do zmiany własnego stanowiska. Tak samo powinno reagować, gdy okaże się, że istniejąca forma upamiętnienia nie pokazuje wystarczająco wyraźnie którejś z grup ofiar albo prowadzi odbiorcę do błędnych wniosków.
Nie zawsze oznacza to jednak konieczność usuwania tego, co powstało wcześniej. Treblinka ma także historię własnego upamiętnienia. Część jego elementów powstała w latach sześćdziesiątych, inne później. Niektóre odzwierciedlają sposób myślenia swojej epoki. Dziś możemy je komentować, uzupełniać, a czasem korygować. Warto jednak, żeby odwiedzający wiedział, co pochodzi z czasu wojny, co jest powojennym sposobem pamiętania, a co jest współczesnym komentarzem Muzeum. To pozwala nie tylko lepiej zrozumieć historię Treblinki, lecz również historię pamięci o Treblince.
Przy tak poważnych zarzutach czytelnicy mają prawo poznać nie tylko opinie uczestników sporu, ale również dokumenty, na których te opinie się opierają. Treblinka wymaga gotowości do mówienia o sprawach trudnych, również niewygodnych dla polskiej pamięci. Wymaga też gotowości do poprawiania tego, co w istniejącym upamiętnieniu jest niepełne. Ale odpowiedzialność za to miejsce wymaga również powściągliwości tam, gdzie źródła nie pozwalają powiedzieć więcej. Te dwie rzeczy nie stoją ze sobą w sprzeczności. Właśnie na tym powinna polegać uczciwa praca muzeum historycznego.
Treblinka nie potrzebuje pamięci budowanej przeciwko komukolwiek. Nie powinna być miejscem rywalizacji symboli, narodowych wrażliwości ani sporów o to, czyja pamięć ma być bardziej widoczna. Powinna pozostać miejscem, w którym pierwszeństwo mają ofiary, a obowiązkiem tych, którzy dziś odpowiadają za ich pamięć, jest możliwie wierne odtworzenie ich historii. Nie zawsze będzie to łatwe. Źródła są niepełne, powojenne formy upamiętnienia mają własną historię, a współczesna wiedza nie zawsze pozwala udzielić odpowiedzi, których od muzeum oczekuje się dzisiaj. W takich sytuacjach uczciwość wymaga zarówno odwagi mówienia o faktach trudnych i niewygodnych, jak i odwagi powiedzenia: tego jeszcze nie wiemy.
Pamięć nie powinna polegać na usuwaniu kolejnych warstw historii tylko dlatego, że dzisiaj odczytujemy je inaczej. Czasem trzeba je zmienić, czasem uzupełnić, a czasem przede wszystkim wyjaśnić. Człowiek odwiedzający Treblinkę powinien wiedzieć nie tylko, co się tutaj wydarzyło, lecz także dlaczego miejsce pamięci wygląda tak, jak wygląda, kto i kiedy podejmował decyzje o jego kształcie oraz co z dzisiejszej perspektywy wymaga dopowiedzenia.
Dotyczy to pamięci Żydów, Polaków, Romów i Sinti oraz wszystkich innych ofiar Treblinki. Pełniejsze pokazanie jednej grupy nie musi oznaczać pomniejszenia pamięci innej. Przeciwnie — dojrzałe miejsce pamięci powinno potrafić pomieścić różne doświadczenia, zachowując właściwe historyczne proporcje i nie przypisując źródłom więcej, niż rzeczywiście z nich wynika.
Być może właśnie na tym polega dzisiaj najważniejsza odpowiedzialność Muzeum Treblinka: nie na obronie raz przyjętej wersji historii, lecz na stałej gotowości do jej sprawdzania, uzupełniania i — kiedy trzeba — korygowania. Bez lęku przed trudnymi faktami, ale też bez zastępowania wiedzy przekonaniem. Pamięć o Treblince jest zbyt ważna, by podporządkować ją doraźnemu sporowi. Musi pozostać przede wszystkim zobowiązaniem wobec tych, którzy zostali tutaj zamordowani.



